Jesień nas ropieszcza i przyznam, że się dziś wspaniale wygrzałam na słoneczku. Tydzień rozpoczęliśmy od poszukiewań starego drewna. I jak się okazało aż tak daleko szukać nie trzeba było. Na bierzące potrzeby starczy nam materiału.
A krótka historia jest taka, że za zgrzewkę Złotego Bażanta pozyskaliśmy od sąsiada całkiem niezłą kolekcje starych zdezylowanych dech. Zajęłam się metrówkami podłogowymi pomalowanymi na gustowny brązowy ja nazywam go srakowatym), jak sie okazało później nie tylko brązowy kolor. Siedziało w nich całe stado gwóździ, które z niemałym wysiłkiem usunęłam i zebrałam skrupulatnie, lanuję wykorzystać je na zrobienie wieszaków min.
Starą farbę i bród przeszło sześćdziesięcioletni usunęłam za pomocą struga.
Ponieważ stug zostawia bruzdy ma meterii kolejnym etapem było szlifowanie, szlifierką taśmową.
I można było sformatować deseki do skelejnia blatów .
Po przestuganiu szlifowaniu i formatowaniu spod farby i bródu wyszła na słońce jodła i robalowe (errata dzikęki Zuzikowi) korytarze :)
i o to chodziło!









